czwartek, 9 kwietnia 2009
I'd like to thank my buddies for sticking the knife in my back.
Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Gdyni, ogarnia mnie uczucie bezsensu. Wszystko się pozmieniało. Nie ma do kogo wysłać smsa 'Ustawka za pół godziny tu i tu.' Owszem, może i jest. Tylko po co? Żeby pojechać i postać sobie bez celu czekając przez 10 min, 15, 30, 45, godznię, żeby spalić pół paczki petów, pogadać samemu ze sobą i pojechać do domu? Ludzie przestają szanować siebie nawzajem; swój czas. Oooo super. Jak siedzę w Poznaniu to co chwilę ktoś się pyta kiedy przyjeżdżam, a jak przychodzi co do czego to nikt się nie odzywa. Krąg znajomych się zawęża, z co raz mniejszą grupą osób mam o czym porozmawiać, ba, w ogóle ochotę na spotkanie. Trudno, ale taka jest prawda (może czas w końcu się do tego przyzwyczaić?). Nie ma nawet z kim na peta wyjść i podyskutować o wpływie faz księżyca na rozwój intelektualny wiewiórek w Afryce Południowej. Wszyscy zajęci. Pochłonięci własnymi sprawami. Bez końca. I tak jest zawsze. Co zrobić? Odseparować się od wszystkiego? Nie przyjeżdżać do domu? A może po prostu olać to wszystko i żyć własnym życiem? Bez znajomych, bez przyjaciół. O, tak. Wybuduję sobie szałas w środku lasu i będę tam mieszkać wraz z sarenkami, wiewiórkami, lisami, dzikami i obrzydliwymi, gigantycznymi, włochatymi pająkami.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz