piątek, 28 listopada 2008

All work and no play makes Jack a dull boy.

Tak. Dziś ostatni dzień na uni i 2 weeks off. Tylko ja jakoś tego nie czuję. Ciągle tylko: "W poniedziałek literatura! Zaraz... Co to mieliśmy przeczytać? Cholera, jeszcze ta prezentacja na WOKAJ. Kiedy ja to wszystko zrobię? Ach.. No tak.. Przecież jest wolne." No i co z tego że jest wolne skoro czuję na ramieniu oddech uczelni, wszystkich kolokwiów, semestrali itp? A ponoć studia to najpiękniejszy okres w życiu. Możliwe, ale chyba dla ludzi z prawa albo polibudy, którzy w trakcie roku zbytnio wysilać się nie muszą. Co z tego, że pójdę na imprezę skoro i tak będę miała wyrzuty sumienia że 'znów marnuje czas nad browarem'. Bez kitu idzie zwariować. 'Macie wolne 2 tygodnie, więc wszystkie te zajęcia trzeba będzie odrobić.' Kiedy, pytam się?! W niedzielę od 8 do 22?! No coś tu jest nie halo. Jeszcze parę takich akcji, a ten ex-psychiatryk pójdzie z dymem. I nie będzie mi żal książek z początków XIXw typu Alice In Wonderland choć przyznam, wygląda klimatycznie. Szlag by to trafił.


Doskonały strzał, milordzie.

sobota, 22 listopada 2008

Z rozmyślań nad talerzem z makaronem.

Tak to jest jak przy obiedzie zamiast jeść, grzebie się w talerzu. Mała zwiecha i nagle do głowy przychodzą odpowiedzi na dawno zapomniane pytania.

Było ciężko, ale jest co raz lepiej. Powoli ogarniam swoje myśli i wracam do stanu normalności. Dużo się dzieje, ale to dobrze, przynajmniej nie siedzę i nie gapię się w ścianę zastanawiając się 'co by było gdyby...' Chaos prawie pod kontrolą. W końcu odzyskam dawną siebie.

Wystarczyło że trochę popadał śnieg, a mi już włączył się świąteczny nastrój. Wzięło mnie na oglądanie Nightmare Before Christmas i słuchanie angielskich piosenek. Czyżbym padła ofiarą tego całego świątecznego szaleństwa którym zewsząd bombardują nas media? Chyba jednak tak.

Czwartek mile mnie zaskoczył. Co prawda nie spodziewałam się że aż tak się dogadamy, ale było naprawdę fajnie. Z resztą kiedy ostatnio jakiś facet zaprosił mnie na piwo i nie musiałam za siebie płacić? To ten gatunek 'gentleman' jednak nie wyginął? Aż trudno uwierzyć.

środa, 19 listopada 2008

Nic.

Zabawne jak bardzo można zmienić miasto w jeden miesiąc. Parę krzaczków, nowa kostka, pozamiatane (?).... A wszystko przez międzynarodową konferencję. To wcześniej szare i ponure miasto zaczyna nagle ukazywać inne, ciekawsze oblicze. Wszystko co wydawało się irytujące i uwierające staje się nagle dziwnie interesujące. Tylko ci ludzie na chodnikach wciąż przyprawiają o skoki pikawy.

A może to ze mną coś się stało...


Pfle. Pfle.