Tak. Dziś ostatni dzień na uni i 2 weeks off. Tylko ja jakoś tego nie czuję. Ciągle tylko: "W poniedziałek literatura! Zaraz... Co to mieliśmy przeczytać? Cholera, jeszcze ta prezentacja na WOKAJ. Kiedy ja to wszystko zrobię? Ach.. No tak.. Przecież jest wolne." No i co z tego że jest wolne skoro czuję na ramieniu oddech uczelni, wszystkich kolokwiów, semestrali itp? A ponoć studia to najpiękniejszy okres w życiu. Możliwe, ale chyba dla ludzi z prawa albo polibudy, którzy w trakcie roku zbytnio wysilać się nie muszą. Co z tego, że pójdę na imprezę skoro i tak będę miała wyrzuty sumienia że 'znów marnuje czas nad browarem'. Bez kitu idzie zwariować. 'Macie wolne 2 tygodnie, więc wszystkie te zajęcia trzeba będzie odrobić.' Kiedy, pytam się?! W niedzielę od 8 do 22?! No coś tu jest nie halo. Jeszcze parę takich akcji, a ten ex-psychiatryk pójdzie z dymem. I nie będzie mi żal książek z początków XIXw typu Alice In Wonderland choć przyznam, wygląda klimatycznie. Szlag by to trafił.
Doskonały strzał, milordzie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarz:
och Ty! Nad browarem nigdy nie marnuje się czasu!!
Prześlij komentarz