Poznań, dworzec, godzina 14. Pożegnanie z Mieszkiem i powolne człapanie na przystanek. W słuchawkach Kate Nash - Nicest Thing. Słońce świeci, głęboki oddech i nagłe olśnienie. Czy to była oznaka ulgi? Tak... Chyba tak. Powrót do miejsca w którym jestem anonimowa. Prawie nikt mnie nie zna, nie osądza, nie wydaje opinii. Mejsca w którym jestem... bezpieczna? Tak, to chyba dobre określenie. Ok, jest tramwaj. 20 min drogi, chwila na piechotkę, jeszcze zostało pokonanie bramki i drzwi i.... No tak. Znów cztery ściany i ja. Sam na sam. Znów ta rutyna, chwila zapomnienia ze znajomymi na uczelni, śmiech, a wieczorem powrót i kontemplowanie rozgniecionego na ścianie komara, który jest tam już chyba od ponad 2 miesięcy. I cisza. Ta cholerna, cisza, wwiercająca się w umysł, której nie da się zagłuszyć muzyką.
'Jesteś wyjątkowa!' Tak Dżołano. Zgadzam się. Nie każdy ma tak cudownie nasrane we łbie jak ja. Mogę się chyba poszczycić wyróżniającym z tłumu stopniem zjebania. Powinnam dostać za to medal.
Siedzę i zaraz zacznę chyba walić głową w ścianę. Nie myśleć! Zapomnieć! Wyjść, poczytać, wpaść pod samochód. Coś co choć na chwilę pozwoli odejść od rutyny i stłamsić myśli.
I ciągle ta cisza. Aż dzwoni w uszach.
Nie mam siły i woli istnienia, zmiany samej siebie. Bagno 'beznadziejność' wciągnęło ostatnią część mnie utrzymującą się jeszcze na powierzchni.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz